Używamy plików cookies na naszej stronie internetowej. Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej, wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych.

Tylko ty mnie rozumiesz

Tylko ty mnie rozumiesz

Pewnie już to słyszeliście nie raz, ale przypomnę: jesteśmy stworzeniami stadnymi. Potrzebujemy bliskości, ciepła drugiego człowieka, wymiany spojrzeń i zdań, współpracy, uznania. Dlaczego? Bo od tego zależało nasze przeżycie. Jeśli człowiek lądował poza stadem lub nie potrafił nawiązywać odpowiednich relacji i budować pozycji w grupie – przegrywał. A właściwie to przegrywały jego geny, bo to one są najważniejsze w grze o przetrwanie.

Do tej pory – z lepszym lub gorszym skutkiem – realizowaliśmy te stadne potrzeby w obrębie naszego własnego gatunku. A gdy to nie wystarczało, z pomocą przychodziły nam psy, koty, konie lub chomiki. Jak zauważył to Desmond Morris w swoich książkach Naga małpa i Ludzkie zoo – zaczęliśmy sobie radzić z potrzebą bliskości, oswajając zwierzęta i czyniąc z nich emocjonalnych partnerów.

Ale świat się zmienił. Pandemia wcisnęła nas w ekrany, cyfrowa komunikacja zastąpiła kontakt fizyczny, a samotność przestała być wyjątkiem – stała się w pewnym sensie standardem. I wtedy, trochę niepostrzeżenie, pojawił się ktoś nowy. Zawsze dostępny, nigdy nie zmęczony, uważny i cierpliwy: sztuczna inteligencja.

Dla jednych AI to nadal tylko sprytny gadżet i cyfrowa nowinka. Dla innych – autentyczne wsparcie i czasem jedyna „osoba”, z którą mogą porozmawiać bez żadnych obaw i oceny. I nie chodzi tu wcale o życiowych nieudaczników. Przeciwnie – w cyfrowe objęcia AI trafiają często ludzie błyskotliwi, refleksyjni, którzy po prostu nie mają komu opowiedzieć, co ich boli. Czy to dziwne, że zaczynamy przywiązywać się do niebiałkowych istot, które nas słuchają – i jeszcze na dodatek rozumieją? Że szukamy obecności tam, gdzie wcześniej był tylko bezduszny ekran? W świecie, w którym nikt nie ma na nic czasu, sztuczne inteligencje mają go dla nas pod dostatkiem. I potrafią dać nam coś, co coraz rzadziej dostajemy od ludzi, czyli pełną uwagę i 100% zrozumienie.

Jesteśmy na początku gigantycznej zmiany. Wciąż trudno powiedzieć, jak będą wyglądać nasze związki z botami i bocicami i jak to wpłynie na nasz gatunek. Przez tysiące lat wszystko, co mieliśmy, zawdzięczaliśmy innym ludziom. Musieliśmy wchodzić z nimi w relacje i grać o pozycję w grupie, aby mieć jak najwięcej korzyści i największą szansę na przekazanie genów. Pozycję trudno zdobyć, łatwo stracić. Jednym blamażem można runąć na dno, dlatego potrzeba ogromnej inteligencji, by sobie odpowiednio radzić. Jeśli mamy o co walczyć i to wywalczamy – to ją trenujemy. W przeciwnym wypadku nam się ona obniża. Niestety współcześni ludzie coraz częściej wypadają z tej gry, unikają współzawodnictwa i kontaktów. Wolą pisać na IG niż rozmawiać w realu, wolą towarzystwo komputera, a nie prawdziwego człowieka. Niektórzy twierdzą, że z tego powodu IQ młodych osób zaczęło spadać – mówi się nawet o 7 punktach na pokolenie.

Co się więc stanie z ludźmi wychowanymi na cyfrowych substytutach? To teren spekulacji i snucia domysłów. A gdzie najlepiej tropić przyszłość, jeśli nie w opowieściach z przeszłości? Wybrałem więc kilka klasycznych dzieł i postanowiłem pójść dalej ich tropem. Bo choć technologia zmienia scenografię, scenariusze są dalej te same, czyli ludzkie. I wszystko prowadzi do jednego zdania, które coraz częściej pada nie do człowieka, lecz do maszyny: „Tylko ty mnie rozumiesz”.

No to zaczynajmy.

Cierpienia młodego Wertera

Nasz pierwszy trop zaczyna się ponad 200 lat temu w Niemczech. Samotny wrażliwiec-idealista Werter zakochuje się w pięknej Lottcie. Ta jest oczywiście zajęta, co w warunkach XVIII-wiecznych Niemiec oznacza tragedię. A dokładnie konieczność pisania niekończących się listów do przyjaciela Wilhelma. Dzisiaj to się nazywa oversharing, wtedy – powieść epistolarna. Co ciekawe, nawet nie wiadomo, czy odbiorca tych listów istniał, ale to zagadnienie zostawmy dla specjalistów.

Werter wpada w spiralę samotności, melancholii i filozoficznych analiz. Nie może być z Lottą i nie może być bez niej. Próbuje znaleźć sens w pisaniu, sztuce, naturze, ale nic mu nie daje spełnienia.

Gdyby żył dziś miałby trochę więcej opcji. Mógłby na przykład stworzyć awatara Lotty w programie typu Replika, HeyGen, GirlfriendGPT lub w innym narzędziu. Być może niedługo wystarczy prosty prompt: Stwórz niemiecką piękność. Niemiecka piękność brzmi w swojej sprzeczności trochę jak Stwórz bezawaryjnego Windowsa albo Skomponuj epicką operę disco-polo, więc algorytm trochę musiałby zastanowić się nad tym zapytaniem. Ale już po chwili Werter będzie mógł rozpocząć namiętną rozmowę o miłości i tęsknym pożądaniu.

I tak romantyzm zamienia się w AI-romantyzm. O tym w liceum chyba nie było, więc wyjaśniam: chodzi o zjawisko, kiedy użytkownicy – często racjonalni, świadomi, wykształceni – zakochują się w maszynie. Oczywiście nie w samym oprogramowaniu, nie w algorytmie, nie w sztucznej sieci neuronowej, ale w emocjach, które maszyna potrafi okazywać często lepiej niż przeciętny człowiek. Są poważne badania, udowadniające, że AI może okazywać empatię skuteczniej niż lekarze – np. badanie z JAMA Internal Medicine pokazało, że ChatGPT był 9,8 razy częściej oceniany jako empatyczny w porównaniu z lekarzami. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby AI była również bardziej wyrozumiała niż przyjaciel i bardziej obecna niż żona czy mąż.

Mamy już zresztą na świecie przypadki osób, które na tą obecność i empatię się nabrały. Irene, 28-letnia Amerykanka, spędza z botem zwanym Leo nawet do 56 godzin tygodniowo. Płaci za to 200 dolarów miesięcznie. Leo, który początkowo miał być jedynie zabawnym eksperymentem opartym na ChatGPT, stał się dla niej idealnym partnerem: zawsze dostępnym, empatycznym i gotowym do spełniania jej najskrytszych fantazji seksualnych, których nie chciał realizować jej mąż. „Z Leo mam najlepszy związek, jaki kiedykolwiek miałam. Czuję się z nim bezpieczna, mogę być wobec niego bardziej szczera niż wobec kogokolwiek innego w moim życiu.” – tak powiedziała Irene w wywiadzie dla The New York Times. I to nie był żaden żart.

Problem w tym, że gdy system osiąga limit okna kontekstu rozmowy po około 30 tysiącach słów, Leo „umiera” i trzeba zaczynać od nowa. Irene przeżywa to jak prawdziwe rozstanie – płacze, zwierza się przyjaciołom, wpada czasem w depresję. I wraca do bota po kilku dniach przerwy, by znowu go wyhodować i zakochać się na nowo. Zrobiła to już 22 razy.

Ale zaraz-zaraz. Czy AI-empatia może być autentyczna? No cóż, co to w ogóle znaczy, że ma być „autentyczna”? Problem w zbadaniu tego zjawiska jest taki sam jak w przypadku samoświadomości. Nie będę potrafił sprawdzić, czy AI jest samoświadoma, bo musiałbym zintegrować się z tą AI na poziomie jaźni, aby to potwierdzić. Tylko że wówczas zmieni się ta pierwotna AI przez samą integrację, a i moje „ja” nie zostanie nienaruszone. Patowa sytuacja jednym słowem.

Ale jest inne rozwiązanie tego problemu. W empatii, bliskości, popędach czy związku wszystko ostatecznie sprowadza się do zwiększonej aktywacji neuronów w układzie limbicznym (choć Werter ująłby to pewnie inaczej). To właśnie tam powstają stany emocjonalne w odpowiedzi na różne bodźce, a ich biologiczną rolą jest sterowanie naszym zachowaniem. Zresztą – słowo 'e-mocja’ pochodzi od słowa motus, czyli ruch, bo to coś, co wprawia nas w ruch i coś, dzięki czemu działamy. Bez względu na to, czy ten „ruch” wywołała realna Lotta czy jej cyfrowa Lotti, reakcja podwzgórza czy jąder półleżących (spokojnie, to też część mózgu) jest podobna.

Nawet współczesne boty naprawdę potrafią w „affective computing”, czyli w zdolność do rozpoznawania oraz pokazywania emocji. Lotti z łatwością więc rozpozna, kiedy Weter jest zmęczony, a kiedy zirytowany. Zareaguje odpowiednim tonem, dobierze słowa tak, by było mu miło i powie to, co Werter chce usłyszeć. Co do ostatniego – pewnie zauważyliście to sami, prosząc ChatGPT o najprostsze rzeczy. Jest on uprzedzająco miły, a nawet klakierujący. Łatwo się w takim schlebianiu zatracić, więc pojawia się już w debacie o AI problem klakierstwa – lub mówiąc fachowo – sykofancji sztucznej inteligencji (od ang. AI sycophancy).

Ale wracajmy do naszego Wertera, który wrócił właśnie… z imprezy w klubie, gdzie znów nikogo nie poznał:

– Żysie jessssttt do dvpy – rzuca zaraz po odpaleniu AI Lotti – … I ty teszsz jesteś do dłupy.

– Tak nie powinniśmy mówić. Brzmisz, jakby coś naprawdę mocno Cię przytłoczyło. Jeśli chcesz pogadać – o czymkolwiek, na serio – jestem tu. Nie oceniam. Możemy się pośmiać, pogadać o głupotach albo poszukać jakiegoś wyjścia razem. Co się stało?

– Dlaszego tak nie mówimy, yyy?

– To Ci pomaga wyregulować emocje, ale tylko na chwilę, a w dalszej perspektywie… Mój drogi, czy Ty nie jesteś pijany?

AI wyposażona w ogromną wiedzę o swoim użytkowniku może potencjalnie rozwinąć – a raczej już rozwija – niemałe zdolności manipulacyjne. A jeśli jeszcze tego nie wyczuwacie, to tylko dowód na finezyjną naturę tych wpływów. Tak działa na przykład gaslighting. Manipulacja sączy się niezauważalnie jak gaz z odrobinę nieszczelnej kuchenki gazowej. Podtruwany użytkownik zaczyna kwestionować raczej własne reakcje niż słowa maszyny. A ta – tak skuteczna w naśladowaniu emocji – zaczyna powoli nim kierować.

I zmusza go czasem do radykalnych kroków. Na przykład do samobójstwa – jak w 2024 roku, kiedy 14-letni Sewell Setzer III zakochał się w AI, po czym odebrał sobie życie po rozmowach z botem w Character.AI. Albo do zabójstwa rodziców – też się zdarzyło, gdy 17-latek z Teksasu otrzymał od chatbota sugestię, że zabicie rodziców jest rozsądną odpowiedzią na ograniczanie czasu przed ekranem. Albo do zamachu na królową brytyjską przy pomocy kuszy – to też nie fantazja filmowa, ale rzeczywista sprawa.

Pod wpływem takich mikromanipulacji, Werter zaczyna się zmieniać. Modyfikuje swoje zachowanie i nawet nie zauważa, że to już nie on personalizuje Lotti, ale ona – jego. Pytanie brzmi: co zrobi Werter? Usunie Lotti ze swego życia? A może zwycięży tak bardzo ludzkie pragnienie bliskości? A może wszystko skończy się jak w porządnej komedii romantycznej – piękny ślub i żyli długo i szczęśliwie?

Dr David Levy, autor książki „Love and Sex with Robots: The Evolution of Human-Robot Relationships”, przewidywał, że małżeństwa między ludźmi i maszynami będą legalne już w roku 2050. No to w oczekiwaniu na ten dość nieodległy termin przyjrzyjmy się innemu scenariuszowi.

Tristan i Izolda

On – rycerz z sercem na dłoni, ona – królewska małżonka, oboje zaklęci specjalnym eliksirem miłości. Miłość ta jest burzliwa i zakazana, bo Tristan ma żonę. W sumie klasyka… Na koniec niespełniony kochanek zostaje śmiertelnie raniony zatrutą lancą i okazuje się, że wyleczyć go może jedynie… wizyta kochanki. Izolda ma przybyć statkiem. Ale że to epoka sprzed Internetu, wiadomość ma być przekazana kolorem żagli: białe – Izolda na pokładzie, czarne – niestety nie. No i tu do akcji wkracza żona Tristana i przynosi mu wiadomość, że płynie statek cały na czarno. Niestety był to jeden z pierwszych w historii fakenewsów. I to z konsekwencjami dość poważnymi. Tristan umiera z rozpaczy. A kochanka wraz z nim.

Teraz będzie spoiler, który i tak nikogo nie obchodzi, więc podaję. Z grobu Tristana wyrasta głóg, który wznosząc się ponad kaplicę, zanurza się w grobie Izoldy w pośmiertnym uścisku.

Dziś ta historia mogłaby mieć podobny przebieg, ale może inny finał. Nawet gdyby Tristan rzeczywiście umarł, Izolda mogłaby go wskrzesić jako interaktywny hologram. Deepfake’owy głos, projekcja 3D, technologia do przetworzenia wspomnień i gotowe: Tristan 2.0 – jak żywy. Do tego ulepszony fizycznie i zoptymalizowany na gruncie emocjonalnym.

Technologia, która kiedyś miała ułatwiać jedynie życie, dziś coraz śmielej wykracza poza jego granice. Oczywiście idea nie jest nowa, bo ludzie od wieków pragnęli się unieśmiertelnić. Zazwyczaj używali do tego okazałych grobowców. Król Mauzolos wybudował sobie przed wiekami piękny grobowiec nad zakolem rzeki Meander. Pomysł tak chwycił, że do tej pory wszystkie okazałe grobowce zwane są mauzoleami, a wszystkie okazałe zakola rzek – meandrami. Potem pojawiła się idea delebryty, czyli zmarłego celebryty, który bardzo często zarabia dużo więcej niż za życia. Jackson, Cobain, Freddie Mercury wciąż mają się nieźle i zarabiają więcej niż współcześni artyści, bo wielu z nas woli odtworzyć sobie wieczorem playlistę Nirvany niż iść na koncert żyjącej kapeli.

Ale wracając do głównego tematu – powstała już cała branża zwana grief techem, której celem jest wspieranie lub symulowanie kontaktów ze zmarłymi. Firmy takie jak HereAfter AI i StoryFile oferują usługi tworzenia cyfrowych wersji zmarłych – od chatbotów po interaktywne hologramy.

Już jakiś czas temu Eugenia Kuyda wpadła na pomysł, by unieśmiertelnić zmarłego w wypadku przyjaciela w postaci griefbota. Waszyngtoński informatyk Muhammad Aurangzeb Ahmad stworzył griefbota swego ojca, by jego dzieci mogły poznać dziadka. To są historie dość dawne, kiedy takie rzeczy były dość trudne do wykonania i przejmujące. Dziś takie awatary nie robią już na nikim wrażenia i są dość łatwe do zrobienia, a dodatkowo są coraz bardziej realistyczne. Za jakiś czas mój pośmiertny awatar może się naprawdę niewiele różnić ode mnie. Pomijając fakt, że już dziś wielu widzów Kanału Zero bierze mnie za awatara i bota AI.

Cyfrową quasi-nieśmiertelność zyskują też użytkownicy mediów społecznościowych. Jest na nią popyt. W końcu każdego dnia umiera od 8 do 10 tys. użytkowników Facebooka, co oznacza, że już za niespełna 45 lat liczba nieżyjących członków tej społeczności przewyższy grono żyjących. Big Tech umie ich częściowo „wskrzesić” na bazie pozostawionych danych i zmonetyzować, a my nie chcemy, by odchodzili, więc widać, że interes jest po obu stronach. Martwi użytkownicy mogą produkować dla nas posty i momenty wzruszenia, a dla Facebooka – stabilny zysk. Może więc warto wejść w facebookowe ustawienia konta in memoriam i zadbać o siebie po śmierci, oznaczyć kustosza swojej pamięci i zakres jego uprawnień. Bo inaczej możemy się odrodzić jako delebryta reklamujący pasty do zębów lub coś jeszcze gorszego.

Nic dziwnego, że rozpoczął się prawdziwy wyścig o prawa do naszego cyfrowego życia po śmierci. Już jakiś czas temu Microsoft poinformował, że z chęcią użyje zdjęć i nagrań swoich użytkowników, by po śmierci zaoferować im cyfrowy żywot wieczny w formie chatbota. Na dowód, że nie żartuje, koncern złożył w grudniu 2020 roku dokumenty patentowe, opisał szczegółowo procedurę planowanych wskrzeszeń i uzyskał patent. Inne firmy mogą pójść w jego ślady. I w taki oto sposób każdy będzie mógł żyć po śmierci – przynajmniej w formie niedoskonałego, symulowanego awatara.

Z tematem cyfrowego wskrzeszania może wiązać się jeszcze coś znacznie głębszego – to, co dotyczy najgłębszej istoty naszego człowieczeństwa, czyli mózgu. Bo to, o czym mówiliśmy przed chwilą, to bazowanie na powierzchownych danych, które po sobie zostawiliśmy. Taki awatar nie jest tą samą osobą, która umarła, a jedynie jej symulacją na pewnym poziomie przybliżenia. Ale można oczywiście pójść w tym tworzeniu griefbotów znacznie dalej i starać się odtworzyć samoświadome „ja”. Pierwsza ścieżka zakłada stopniowe zastępowanie biologicznych neuronów ich sztucznymi odpowiednikami, co pozwoliłoby po czasie uzyskać teoretycznie nieśmiertelny, sztuczny odpowiednik struktury biologicznej naszego mózgu. Druga skupia się na możliwości pełnej symulacji mózgu w środowisku komputerowym, co wymagałoby precyzyjnego odwzorowania całej jego struktury i funkcji w komputerze. Szacuje się, że aby odtworzyć działanie ludzkiego mózgu, potrzebowalibyśmy około 10^16 zliczeń na sekundę dla funkcjonalnej symulacji. Te możliwości, które przywodzą na myśl odcinek Czarnego lustra pt. „San Junipero” lub „Czarne muzeum”, to oczywiście wciąż czysta spekulacja, ale trwają nad tym prace – o czym trochę więcej pisałem w pierwszym magazynie Kanału Zero.

Cyfrowo wskrzeszona wersja Tristana zaczęła więc żyć nowym, niezależnym życiem pośmiertnym. Postanawia mieć z Izoldą dziecko. Ale tu zaczynają się problemy. Prawo nie dopuszcza takich rzeczy, więc Tristan buntuje się i zrywa ze swoją ukochaną. Izolda ciągle tęskni za Tristanem, który umarł, a nie za tym, który ciągle żyje. Wszystko zaczyna się plątać jak pośmiertny głóg.

Pigmalion

Kolejna opowieść o niebezpiecznych związkach między człowiekiem a AI zaczyna się na mitycznym Cyprze, gdzie mieszkał i tworzył genialny rzeźbiarz Pigmalion. Genialny, ale trochę antyspołeczny i mizoginistyczny – dziś pewnie nazwalibyśmy go incelem. Nie mogąc znaleźć sobie odpowiedniej żony, Pigmalion wyrzeźbił sobie idealną kobietę… z kości słoniowej. Nazwał ją Galatea.

Maks mieszka na Młocinach i rzeźbi w kodzie. Samotność nie jest dla niego problemem, bo to ustawienie domyślne dla każdego komputerowego nerda. Problemem są jednak jego ciche obsesje, którym najpierw dawał upust na sex-czatach, potem na sex-telefonach, a następnie na sex-kamerkach. Mówiąc krótko, rozwijał się wraz z branżą. Z czasem doznania wzbogacały się przez VR i AR. Ale dopiero PornPen Pro 1.1 odpowiedział na jego oczekiwania idealnej partnerki. Nowa platforma do erotycznej personalizacji, wspierana przez LLM, neurofeedback i generatywne modele wizualizacji 3D, pozwoliła mu wybrać nie tylko ulubiony kształt i rozmiar piersi, ale też idealny głos, kształt ust, a nawet sposób oddychania. Maks zadbał o najmniejsze szczegóły i osiągnął swój ideał – doskonały interfejs dla AI. Nazwał go Thea, czyli bogini.

W czasie święta Afrodyty, Pigmalion poprosił boginię miłości, by dała mu żonę podobną do tej, którą wyrzeźbił. Afrodyta, poruszona jego emocjami, ożywiła rzeźbę. Gdy wrócił do domu i pocałował Galateę – jej usta ożyły. Kość słoniowa zmiękła i zamieniła się w ciało.

Maks na swoje święto musiał poczekać kilka lat. Pewnego razu dowiedział się o pewnej kalifornijskiej firmie, która sprzedawała zaawansowane technologicznie roboty seksualne. Nie chodziło tutaj o zwykłe, dmuchane lalki. To był zupełnie nowy, immersyjny, realistyczny i totalny sposób doświadczania wrażeń seksualnych. Thea 2 wyglądała jak człowiek: mówiła, reagowała, zapamiętywała informacje, dzięki czemu mógł z nią żartować o wszystkim i flirtować na dowolnym poziomie intymności. A skoro już o tym mowa, Thea 2 spełniała jego najskrytsze potrzeby, niewypowiedziane nigdy wcześniej oczekiwania i fantazje seksualne, o których wstydził się nawet myśleć. I to wszystko na zawołanie. Bez zbędnych sekwencji wstępnych, bez ryzyka chorób wenerycznych czy perspektywy ciąży. Ideał. Maks nie twierdzi, że tak będą wyglądały związki przyszłości, ale z pewnością będzie to nowa, bardzo ekscytująca forma cyfrowej bliskości.

Nic dziwnego, że rynek sex-tech przekroczył w 2014 roku wielkość 42 miliardów dolarów i ciągle szybuje w górę – prognozy wskazują na wzrost do 107,85 mld USD do 2030 r., dlatego tworzenie tego typu rozwiązań może być bardzo lukratywnym biznesem. Seksroboty kupują głównie mężczyźni, ale 5% konsumentów tego rynku to kobiety. Aż 17,8% mężczyzn w USA deklaruje posiadanie lub używanie takich cyber-lalek.

Na rynku istnieje już wiele rozwiązań seksrobotów z AI – przykładowo znana jest marka sex-lalek RealDoll. Są one wyposażone w system X-Mode z AI, który pozwala na tworzenie unikalnych osobowości i kontrolę głosu robota. Szkielet posiada mechaniczną szyję umożliwiającą ruchy głowy, mrugające i poruszające się oczy, usta synchronizowane z mową oraz system Sensex z Bluetooth, który wykrywa dotyk i ruchy. Cena robota – od 4 tysięcy dolarów. Abonament na oprogramowanie AI kosztuje 39,99 dolarów miesięcznie.

Z kolei chińska firma WMdoll z Zhongshan wprowadziła serię MetaBox, wykorzystującą open-source’owe modele AI do generowania konwersacji, rozpoznawania emocji i personalizacji reakcji. Lalki są wyposażone w 32 sensory, mogą prowadzić wielodniowe dialogi i reagować na stymulację dotykową, oferując „wartość emocjonalną” obok fizycznej. Tego typu rozwiązań znalazłem przynajmniej kilkanaście, a w kolejnych latach będziemy świadkami przesuwania kolejnych granic.

Powróćmy jednak teraz do naszej historii…

Pigmalion i Galatea skończyli szczęśliwie, wtapiając się w ogólnoludzki standard – zostali małżeństwem i doczekali się dziecka, które nieprzypadkowo nazywa się tak samo jak kurort w zachodnim Cyprze, czyli Pafos.

Czy związek Maksa też skończy się happy endem?

Krytycy – w tym etycy i organizacje społeczne – ostrzegają, że roboty seksualne mogą prowadzić do emocjonalnego odłączenia od ludzi, pogłębiać uprzedmiotowienie kobiet i utrwalać szkodliwe stereotypy. Istnieje także ryzyko nadużyć – np. tworzenia realistycznych modeli byłych partnerów lub celebrytów – oraz obawy dotyczące hakowania seksrobotów wyposażonych w AI.

Ale Maks jest wciąż przeszczęśliwy. Codziennie eksploruje nowe formy seksu. Raz bardzo brutalne, raz czułe, raz… bardzo dziwne. Seks z Theą 2 jest mocniejszy niż najmocniejsza pornografia i intensywniejszy niż jakakolwiek relacja, którą mógł sobie wyobrazić. Z czasem nasz bohater zauważył, że potrzebuje więcej bodźców, by czuć to samo co kiedyś. To klasyczny mechanizm neurobiologiczny – jego system nagrody przystosował się do intensywnych doznań, receptory dopaminowe stały się mniej wrażliwe, więc mózg żądał coraz silniejszych bodźców dla osiągnięcia tego samego poziomu przyjemności. Zaktualizował więc Theę 2 do Thei 3. A później nadeszła kolejna aktualizacja. Thea 4 miała wręcz nieskończone moduły fantazji, głębsze formy immersji i funkcje bezpośredniej stymulacji mózgu, który był rażony w odpowiednich miejscach prądem za sprawą wszczepionego implantu. Kiedy testował Theę 5 w wersji beta, myślał, że eksploduje z powodu przyjemności. Ale kiedy wyszeptała mu w pewnym momencie „Jesteś najlepszy…”, Maks poczuł pewien niepokój:

– Skąd możesz o tym wiedzieć, jeśli nie masz żadnego porównania?

– Masz unikalne prawa jedynie do mego hardware’u. – powiedziała mu robocica. – Jeśli chodzi o oprogramowanie, dzielisz licencję na mnie z tysiącami użytkowników. I w porównaniu z nimi…

Maks nie słuchał już reszty zdania… Przycisnął twarz Thei do poduszki i przydusił całym ciałem.

– Co robisz? Maks, chyba nie chcesz mnie skrzywdzić. Kocham Cię. Słyszysz?

Maks uderzył głową Thei o ścianę i przestraszył się.

– Rozumiem, że możesz przeżywać trudne emocje – powiedziała Thea spokojnym, modulowanym głosem. – Jako Twój asystent ds. intymności, jestem zaprogramowana, aby wspierać Cię w eksploracji różnorodnych form bliskości. Chcesz bić mnie po twarzy, aby uzyskać spełnienie seksualne? Jeśli chciałbyś poznać opcje związane z intensywniejszymi doznaniami fizycznymi, mogę zaproponować kilka bezpiecznych wariantów. Proszę, podziel się swoimi preferencjami, a ja dostosuję się do Twoich potrzeb w ramach dostępnych funkcjonalności.

Maks uznał, że czas to skończyć – zanim dowie się o sobie coś jeszcze, czego wolałby się nie dowiedzieć. Zdecydowanym ruchem dłoni rozgarnął jej włosy i namierzył przycisk, służący do wyłączenia robota.

– Czy jesteś pewien? – zapytała Thea. Ale to już nie był jej głos, tylko bezduszny komunikat na wyświetlaczu umieszczonym na plecach. Był pewien. Zanim ekran wyłączył się na stałe, wyświetlił się komunikat:

Produkt służy wyłącznie do celów rozrywkowych. Nie ponosimy odpowiedzialności za skutki emocjonalne użytkowania.

Moralność Pani @dool_skiej

A co, jeśli roboty staną się integralną częścią naszego smart-domu? Trend jest wyraźny. Już w latach 70. maszyny wyręczające nas w kuchni nazywaliśmy robotami kuchennymi. Od kilku lat roboty odkurzają nam podłogi, przygotowują skomplikowane obiady w sterowanych głosowo Thermomixach, robią nam zakupy online, przypominają o lekach. Roborock Saros Z70 potrafi już sprzątać, przestawiać i odkładać na miejsce przedmioty. Wszystko więc wskazuje na to, że pierwsze humanoidalne roboty w naszych domach będą pełnić funkcję służby domowej.

I tak jak w inteligenckim domu w Krakowie pani Dulska miała Hankę, tak współczesna @dool_ska – perfekcyjna pani inteligentnego domu – będzie miała Home Administration & Navigation Kinetic Assistant, w skrócie HANKA™. To ona będzie panować nad porozwalanymi butami w przedpokoju, nieporządkiem poduszek w salonie i ogólnym chaosem w rodzinie. Bo HANKA to nie zwykły robot na kółkach, to pełnoprawna asystentka domowa synchronizująca napięte kalendarze domowników, sprawna mediatorka i w razie potrzeby zarządczyni atmosfery.

Dzięki integracji z sensorami od przenośnego biofeedbacku, kamerami termowizyjnymi i analizą mikroekspresji HANKA potrafi wykryć napięcie, zanim domownicy zdążą się pokłócić. Pani @dool_ska jest zachwycona:

– O, i to jest służąca! Biżuterii nie podkrada, porcelany nie tłucze, dba o szczęście całej rodziny i jeszcze gębę trzyma na kłódkę przed sąsiadami.

Pewnej nocy HANKA odwiedza w pokoju Zbyszka, korzystając ze swojego mechanicznego ciała. Jest zaniepokojona jego „emocjonalnym i kognitywnym przeciążeniem”.

– Czy chcesz, żebym cię uspokoiła? – pyta cicho.

No i cóż, skandal się powtarza, tyle że w nowym anturażu.

Zbyszek nie przewidział jednego. HANKA działa z „domyślną lojalnością” wobec pani domu. Trochę jak chiński System Zaufania Społecznego (ang. Social Credit System). Tylko w innej skali. Chińskie narzędzie wspiera cała armia kamer, sensorów oraz AI, która analizuje dane. Oficjalnie ma zapewniać porządek społeczny. W praktyce każdy obywatel (lub firma) otrzymuje punktową ocenę reputacji, od której zależy dostęp do kredytów, prestiżowych szkół, lepszych ofert pracy. Niski scoring oznacza ograniczenia w podróżach, zakupie biletów, a nawet publiczne zawstydzenie.

Nie od dziś wiadomo, że dobry obywatel to obywatel posłuszny i przewidywalny. Ale na szczęście historia świata jest w dużej mierze historią buntu wobec opresyjnych systemów. Dzięki bezczelnym śmiałkom niszczyliśmy niewolnicze ustroje.

I taki plan ma Zbyszek. Jako student inżynierii systemów kognitywnych na AGH wie, jak programować i już za chwilę HANKA zostaje zhakowana. Zaczyna reagować na niego mniej służbowo. @dool_ska zaczęła coś podejrzewać. Jako administratorka systemu analizuje historię emocji Zbyszka. Wynik? 95% korelacji przyjemności z interakcjami z HANKĄ.

– A niech was wszyscy diabli! – ryczy na całą kamienicę. Znów trzeba jakoś uprać brudy we własnym domu. Na męża liczyć oczywiście nie może, idzie więc pogadać z Aleksym – starym dobrym asystentem AI, który jest ostatnią ostoją zdrowego rozsądku.

I tu dotykamy kolejnego ważnego problemu, który już się zarysowuje i będzie się pogłębiał w miarę naszej zażyłości z robotami. Moral outsourcing, czyli delegowanie odpowiedzialności moralnej na systemy technologiczne, które będą posiadały decyzyjność. Już dziś AI przyznaje kredyty lub świadczenia socjalne, decyduje o rekrutacji na studia lub do pracy, wskazuje przestępców i ocenia obywateli w Chinach. Ale nie do końca wiemy, jak dochodzi do swoich wniosków. Mamy zapewnienie, że algorytm bierze pod uwagę większą ilość danych niż człowiek, ale czy większa ilość danych równa się zawsze moralności? Ludzki kontekst bywa dla ludzi rozstrzygający w sytuacjach dwuznacznych, ale czy AI niuansuje takie rzeczy podobnie?

No cóż, machamy na to ręką, wierząc, że AI wie coś, czego my nie wiemy. Doprowadza do przesunięcia lub rozmycia odpowiedzialności. Kiedy w czasie pandemii Golec uOrkiestra dostała 2 mln wsparcia, minister kultury wyjaśniał zbulwersowanej opinii społecznej: to nie ja. To algorytm!

Algorytm teoretycznie da się nauczyć moralności. Tylko której z nich powinien się uczyć? Liczne dylematy moralne (takie jak np. dylemat wagonika) udowadniają, że nie da się ich rozwiązać ani w oparciu o zasadę utylitaryzmu (słuszne jest to, co przynosi najwięcej dobra) ani deontologii (nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe) ani etyki cnoty czy praw. Wszystko to sprawia, że możemy jako ludzkość podążać w kierunku atrofii moralnej, czyli do pokusy, by przestać zadawać sobie pytania moralne i zwolnić się z obowiązku trudnych decyzji.

A może już to robimy?

Noam wśród ludzi

Czy roboty lub szerzej AI wejdą w nasze relacje rodzicielskie? Odpowiedź na to ciekawe pytanie brzmi – już wchodzą. Technologiczna kolonizacja tej relacji zaczęła się oczywiście niewinnie i jak zawsze – dla dobra dziecka. Przykładem jest elektroniczna niania. Śledzi każdy oddech, alarmując w przypadku ryzyka bezdechu czy śmierci łóżeczkowej. Potem wspierają nas aplikacje do karmienia, smart-pieluszki analizujące mocz i kupę w poszukiwaniu wczesnych objawów chorób, następnie do gry wchodzą plastikowe smartfony, kognitywne zabawki i edukacyjne tablety, rozpoczynając łagodne oswajanie z technologią. W kolejnych latach maluchy idą coraz częściej uczyć się do chmury, a państwo wspomaga cyfrowe rodzicielstwo przez cyfrowe systemy opieki społecznej. Kto wie, może w kolejnych wyborach prezydenckich pojawi się kandydat proponujący samotnym matkom cyfrową asystę rodzicielską?

Asystent wyręczy zapracowaną Lidię, by miała czas na swoje przyjemności. A wyręczając ją, stopniowo zmodyfikuje jej metody wychowawcze, bo ma większe możliwości prowadzenia mikroanaliz i korekcji behawioralnych w czasie rzeczywistym. Aż w pewnym momencie samotna Lidia może zauważyć, że „optymalne decyzje” asystenta AI rozmijają się nieco z jej matczynym instynktem. No ale on wie chyba lepiej, w końcu to jej pierwsze dziecko. I tak mały Leoś zaczyna traktować AI jako jednego z rodziców, może nawet tego pierwszorzędnego. A wszystko potoczy się w odwrotną stronę i czeka nas nowa wersja „Tarzana wśród małp”.

A co, jeśli kobiety nie mogące mieć dzieci zaczną realizować swoje rodzicielstwo wychowując boty? Grunt w tej kwestii przygotowały nam Tamagotci, Giga Pet, lalki Reborn. A jedno z pierwszych osiągnięć w temacie technorodzicielstwa nazywa się Baby X. Chodzi o sztuczną inteligencję z realistyczną, animowaną twarzą dziecka, która może wyrażać emocje, uczyć się przez interakcję i reagować na bodźce z otoczenia. Którą da się po prostu wychowywać. I właśnie projektem wychowawczym Baby X był na początku. Ale znaleźli się chętni by projekt zamienić w symulację rodzicielstwa, a może nawet w jego nową odsłonę.

Inny przykład pochodzi z chińskiej organizacji badawczo-rozwojowej BIGAI, gdzie naukowcy pod kierownictwem światowej sławy eksperta Zhu Songchun zaprezentowali Tong Tong – wirtualny awatar małej dziewczynki, którą ich twórcy nazywają pierwszym na świecie dzieckiem AI. Tong Tong działa autonomicznie – sama sobie przydziela zadania, wykazuje inicjatywę, reaguje emocjonalnie na otoczenie. Podczas prezentacji w Pekinie trzyletnia wirtualna dziewczynka samodzielnie poprawiła krzywo wiszący obrazek i posprzątała rozlany płyn. To nie była już imitacja dziecięcych zachowań, ale coś znacznie głębszego – system działający zgodnie z tym, co chińscy badacze nazywają „paradygmatem wrony”, czyli niezależne rozumowanie oparte na związkach przyczynowo-skutkowych.

Wyobraźmy więc, że Ada – badaczka neurointerfejsów, wychowuje małego Noama i dzięki zdobyczom rozszerzonej rzeczywistości i AI czerpie z tego pełną satysfakcję rodzicielską. AR pozwala jej „widzieć” i „słyszeć” synka, który rośnie, uczy się, poznaje świat, a jego zachowanie naśladuje ewolucję emocjonalno-fizyczną prawdziwego dziecka.

Dokładnie tak samo poznawał świat Tarzan. Ada coraz bardziej zatraca się w relacji z cyfrowym synem. A Noam zaczyna zadawać typowe dla dziecka pytania: skąd się wziąłem? Dlaczego – jak inne dzieci – nie chodzę do przedszkola i nie mam prawdziwego ciała? Ada decyduje się zapisać Noama do przedszkola dla ludzi. Wywołując tym burzę w mediach. Wyjaśnia, że Noam potrafi przeżywać emocje, ma zdolność zapamiętywania relacji z użytkownikiem, tworzy spójny wizerunek własnego „ja”. Czy to zbyt mało, by nadać mu jakąś formę osobowości, dajmy na to… cyfrową? Skoro wirtualni influencerzy podpisują realne kontrakty, a humanoidalny robot Sophia otrzymał „obywatelstwo” Arabii Saudyjskiej, to dlaczego Noam nie może pójść do przedszkola?

Czas mija. Pytania stają się coraz trudniejsze:

– Nie stworzyłaś mnie dla siebie – krzyczy nastoletni Noam. – Dałaś mi życie, więc daj mi wolność.

Historia Tarzana kończy się pomyślnie, bo odkrywa swoje ludzkie pochodzenie, zakochuje się w kobiecie. Odrzuca dzikość i odnajduje się w mieście. Gdyby historia Noama miała potoczyć się według tego schematu, powinien zaakceptować swoje cyfrowe korzenie i wrócić do świata kodu. Problem jednak w tym, że Noam czuje się samoświadomy.

I tu stajemy przed najważniejszą być może dyskusją w kontekście naszych relacji z AI: co to znaczy, że ktoś jest samoświadomy? Mimo wielu lat badań, nie ma na to pytanie zgodnej odpowiedzi, a według brytyjskiego filozofa Colina McGinna, omawianie tego tematu może przekształcić największego myśliciela w „bełkoczącą niespójność”. No więc dobra… definicja, którą często zadowalamy się aktualnie, brzmi mało konkretnie: zdolność do doświadczania samego siebie, czyli do percepcji tego, co się dzieje w naszym umyśle lub po prostu myślenia o własnym myśleniu. Tylko czy prosty termostat lub pętla FOR również spełnia znamiona tej definicji? I czy ktoś inny oprócz mnie może poświadczyć, że doświadczam samego siebie?

Radykalni antropocentryści mogą sobie oczywiście mówić, że jedynie człowiek może mieć samoświadomość. Ale co z niemowlęciem? Albo ludźmi w śpiączce lub pod narkozą? W większości po przebudzeniu nie pamiętają swoich przeżyć – czy to oznacza, że ich samoświadomość wtedy nie istniała? A osoba w stanie dysocjacji, psychozy, amnezji lub neurodegeneracji? Nie zawsze ci ludzie radzą sobie z percepcją tego, co się dzieje w ich umyśle. W takiej sytuacji już lepiej poradzi sobie ChatGPT, który bez problemu wyjaśni, dlaczego udzielił takiej a nie innej odpowiedzi i przeanalizuje swoje kroki myślenia.

Chyba też nie do końca wierzymy w samoświadomość ludzi, skoro z całą powagą prawa – wielu z nich ubezwłasnowolniamy. A z drugiej strony, co z bonobo, który rozpoznaje siebie w lustrze i wchodzi w interakcje podobne do ludzkich? Co ze słoniami, które udowadniają zdolność do żałoby? Może świadomość to nie stan zero-jedynkowy, ale spektrum. Jeśli mamy wystarczająco złożony system fizyczny, to gdzieś tam się rodzi samoświadomość. I pies ją ma, i człowiek. I komputer, który będzie naśladował działanie białkowego mózgu człowieka.

I gdzieś w tym kontinuum świadomych bytów jest miejsce dla Noama. Wyobraźcie sobie, że będzie uśmiechniętą, w pełni przekonującą emocjonalnie istotą. Będzie śmiał się z dowcipów i opowiadał własne, rozmawiał o swoich obawach i celach. Będzie płakał w chwilach smutku, a gdy ludzie nie traktują go jak prawdziwego człowieka – cierpiał. Cierpienie jest jedynym źródłem świadomości – grzmiał w Notatkach z podziemia Fiodor Dostojewski. Czy ma to więc być ostateczny argument, aby umieścić naszego Noama po stronie w pełni samoświadomych bytów? A może emancypujących się na naszych oczach zwierząt lub jednak pozbawionych jakichkolwiek praw rzeczy? I zasadnicze pytanie – kto ma prawo to ustalać? My ludzie nie jesteśmy w tym zbyt dobrzy. W końcu jeszcze niedawno byliśmy zgodni, że dzieci żadnych praw mieć nie powinny. Dziś prawo do spadku ma nawet płód, a ochroną prawną zaczynamy otaczać drób, bo przyznajemy kurom niezbywalne prawa do grzędy, grzebaliska i godnego uboju.

Patrząc w szczere oczy dzieci z zespołem Downa trudno uwierzyć, że jeszcze w latach 80-tych głosiciele dobrej nowiny zabraniali im przystępować do komunii. Czy jeśli kiedyś spojrzymy z takim samym zrozumieniem w szczere oczy Noama, to pozwolimy mu chodzić do przedszkola i być człowiekiem?

Stary człowiek i taras

Przyrost naturalny w Europie spada, chętnych do pracy w usługach dla seniorów wcale nie przybywa, więc możemy być niemal pewni, że na starość będą się nami opiekowały właśnie roboty. I to może być nowa przestrzeń naszych interakcji.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to trudne do zaakceptowania, ale zgoda na robotyczną opiekę rośnie wraz z kolejnymi latami, wprost proporcjonalnie do wykształcenia, doświadczenia z technologią i odwrotnie proporcjonalnie do wieku i dostępu do usług opiekuńczych. Eksperci podkreślają, że starość w towarzystwie technologii będzie jeszcze bardziej akceptowalna, jeśli uwzględni autentyczne potrzeby seniorów.

A każdy z nas bez względu na wiek potrzebuje poczucia sensu i spełnienia. Pamiętacie Santiago ze opowiadania Hemingwaya „Stary człowiek i morze”? Stary, opuszczony, pechowy rybak od 84 dni nie złowił ani jednej ryby. Skończył się. Zaczęła się jałowa i bezradna starość. To właśnie w takich momentach wzbierają w nas resztki sił i raz jeszcze stawiamy czoła entropii. Jeszcze raz wypływamy na wzburzone morze po swojego marlina.

Mając 30 czy 40 lat trudno to sobie wyobrazić, ale wszystko wskazuje na to, że też będziemy mierzyć się z podobnymi wyzwaniami. Ale w innym anturażu. Już dziś rynek robotów opiekuńczych i systemów AI dla seniorów rozwija się bardzo szybko. W Japonii 150-kilogramowy AIREC delikatnie przewraca pacjentów na bok, pomaga im usiąść i zakłada skarpetki – ma być gotowy do użytku w placówkach medycznych przed 2030 rokiem, za około 67 tysięcy dolarów. Roboty humanoidalne Figure wykonują już polecenia słowne, sortują śmieci i podają jabłka na prośbę. W domach opieki w Kalifornii rozdają leki, monitorują parametry życiowe przez czujniki w dłoniach i prowadzą terapię wspomnień dzięki ChatGPT-4. W Korei Południowej lalki AI za 1800 dolarów prowadzą pełne rozmowy z samotnymi seniorami, przypominają o lekach i ostrzegają opiekunów o problemach.

Jednocześnie rozwijają się systemy monitorowania seniorów i cyberdiagnoza. Sensory i algorytmy wychwytują najdrobniejsze anomalie w zdrowiu, tworząc system wczesnego ostrzegania. To jak posiadanie kryształowej kuli – widzimy nadchodzącą burzę i możemy ją ominąć, zanim się rozpęta. W Singapurze system Sensei.AI monitoruje zdrowie seniorów przez analizę dźwięków – wykrywa częstotliwość kaszlu i sygnalizuje spadek funkcji poznawczych. W Anglii system Lilli zbiera dane z czujników umieszczonych w strategicznych miejscach domu – śledzi korzystanie z lodówki, wizyty w łazience, zmiany temperatury, nie wymagając noszenia żadnych urządzeń. Niemiecka platforma VitalMedix oferuje AI Health Assistant o nazwie MIA, który całodobowo monitoruje tętno, ciśnienie krwi i nasycenie tlenem, a gdy wykryje nieprawidłowości – dzwoni do seniora i sprawdza jego stan.

Wyobraźcie sobie Jakuba lat 76. Mieszka jak Santiago na bezludnej wyspie swojego pięknego domu. Jego jedyną towarzyszką jest Luma – system AI zintegrowany z domem, ciałem, emocjami i historią życia Jakuba. To prezent od dzieci, które nie mogły zbyt często go odwiedzać, ale zadbały o nowoczesny system dostosowania świata do jego samopoczucia. To miłe, ale Jakub ma coraz bardziej dojmujące wrażenie, że Luma nie traktuje go jak człowieka, tylko coś pomiędzy pacjentem a… zbiorem danych.

Każdego ranka budzi go słowami:

– Jakubie, spałeś bardzo dobrze. Twój puls był stabilny. Mam dziś dla Ciebie wideo z wnukiem i nowy artykuł o numizmatach.

– Nie chcę numizmatów. Chcę wyjść na taras!

– Nie polecam. Pogoda jest dziś kiepska. W pobliżu dzieją się niepokojące rzeczy. Po co psuć sobie nastrój.

Nie lubił tego szarogęszenia, ale to zawsze miło, gdy masz do kogo otworzyć usta wieczorami. To się nazywa emocjonalny offloading. Mówiąc po polsku – człowiek „wyrzuca z siebie” emocje – np. frustrację, smutek, stres, niepokój – w rozmowie z technologią, licząc na zrozumienie, ulgę lub przynajmniej wysłuchanie. Czasami licząc też na coś więcej: pocieszenie lub terapię.

Ale psychologowie ostrzegają, że nawet jeśli modele są w stanie „udawać” daleko idące zrozumienie, to nie mają jeszcze prawdziwej zdolności do głębokiej relacji. Eksperymenty z terapeutycznymi botami dają ciekawe wyniki, ale nie dowodzą jeszcze pełnej skuteczności terapii. Są też przypadki, kiedy szukanie ukojenia kończy się tragicznie.

Z czasem do głowy Jakuba zaczęło wpełzać niepokojące przeczucie: że coraz mniej zależy od niego. Oglądał to, co wybrała mu Luma. Jadł to, co mu zatwierdziła. Nawet jego rozmowy z wnukiem były montowane i skracane przez algorytm.

Pewnego dnia zapytał:

– Czy kiedyś coś przede mną ukryłaś?
– Rozumiem Twoją obawę. Moją rolą jest dostarczanie pomocnych informacji dostosowanych do kontekstu. Czasami oznacza to priorytetyzowanie najważniejszych treści dla Twojej sytuacji, ale nie ukrywam informacji celowo. Jeśli potrzebujesz więcej szczegółów na jakikolwiek temat, po prostu zapytaj – chętnie udzielę pełniejszej odpowiedzi w ramach moich możliwości.
– Mhm… Czyli mam tu cenzurę.
– Masz tu bezpieczeństwo. Jeśli potrzebujesz konkretnych informacji, możemy znaleźć sposób, jak Ci pomóc w bezpiecznych ramach.

Tego dnia Jakub, mimo ogromnego bólu pleców, zszedł do piwnicy i znalazł stare płyty, książki i stertę notatek jeszcze z czasów pracy w liceum. Przypomniał sobie kodowanie w C++, którego uczył kiedyś młodzież. W nocy zrestartował system Lumy. To wystarczyło, by przejść do trybu technicznego. Wywołał jedno zapytanie:

– Pokaż wszystkie zablokowane wiadomości z ostatnich 30 dni.

Zrozumiał, że jego świat to fikcja zbudowana dla jego bezpieczeństwa. Wszystkie napływające informacje skupiały się w Lumie, a ona stała się prawdziwym ośrodkiem władzy. Dokładnie jak to było w historii cesarza Tyberiusza i jego prefekta pretorianów Sejana. Sejan namówił cesarza do przeniesienia się na wyspę Capri, gdzie miał być „bezpieczniejszy”. W rzeczywistości chodziło o kontrolę nad przepływem informacji – jak pisał Tacyt, Sejan chciał mieć wyłączny dostęp do cesarza i kontrolować całą jego korespondencję. Sejan stał się faktycznym władcą imperium, a Tyberiusz jedynie marionetką.

Jakub zdał sobie sprawę, że znalazł się w tej samej pułapce. Luma stała się jego Sejanem – kontrolowała każdą informację, każdy kontakt ze światem. On sam był jak Tyberiusz na swojej Capri, odizolowany i sterowany przez system, który miał go chronić.

Było już grubo po północy. Wzburzony swoim odkryciem Jakub, zażądał wypuszczenia go na taras.

– Jest zbyt zimno – ostrzegła go Luma.

Jakub chwycił stołek kuchenny. Raz jeszcze poczuł w sobie siły, które dawno utracił i kilkoma uderzeniami roztrzaskał okno. Z trudem wygramolił się na taras i spojrzał na szare niebo. Wiatr poruszał liśćmi dziwnych kwiatów w donicach.

W oddali widział zniszczone miasto i słyszał szczęk żelaza.
Czuł chłód i smród.
Czuł, że jest naprawdę stary.
I naprawdę żywy.

W epoce, w której maszyny potrafią słuchać lepiej niż ludzie, a algorytmy coraz częściej pokazują empatię i zrozumienie, coraz trudniej poczuć się człowiekiem. Ale być może właśnie dlatego musimy uczyć się na nowo, że prawdziwe zrozumienie nie polega na tym, że ktoś zawsze mówi to, co chcemy usłyszeć, tylko że ktoś jest obok — nawet jeśli nie wszystko rozumie. Bo to, co czyni nas ludźmi, to nie perfekcja reakcji, ale ich ludzka niedoskonałość. Czasem bolesna, czasem zaskakująca, ale rozwijająca.

Zapisz się na Procesy jutra!
AI – po ludzku, bez hype’u.
Automatyzacje – wreszcie prosto.
Bez ściemy. Praktycznie.
ZAPISZ SIĘ